Metro 2033 – pseudorecenzja

20 06 2010

*
*
*
*

*

*

*

*

*

Nie będzie oryginalnie, będzie wręcz podręcznikowo, bo choć przed chwilą miałem świetny wstęp, kiedy zacząłem pisać wszystko poszło uprawiać miłość.

Ostatnio przeczytałem książkę. Miała ona tytuł „Metro 2033”, a napisał ją pewien rosyjski dziennikarz i reporter wojenny Dmitry Glukhovsky. Pewnie dużo ludzi dowiedziało się o istnieniu tego utworu po ukazaniu się i wyhajpowaniu gry pod tym samym tytułem; przynajmniej ja się w ten sposób dowiedziałem. Postanowiłem ją przeczytać właściwie tylko z tego powodu, że gra jest za droga i nie warta swej ceny.

W roku, którego dokładnie nie znamy wybuchła wojna atomowa. Na miasta zostały zrzucone bomby, wystrzelone rakiety i jak wszystko razem pierdutło to pozabijało masy ludzi, skażając ziemię przez co żyć na powierzchni się nie da. Pojawiły się różnorakie potwory, mutanty i stwory siejące strach i rozdające kopy w rzyć każdemu kto się natknie na nie. Ludzie musieli zejść do podziemi i żyć jak robaki w ciemnościach, smrodzie i wilgoci.

Akcja utworu dzieje się w moskiewskim metrze w roku 2033 jak można domyślić się z tytułu. Mamy głównego bohatera o imieniu Artem, oczywiście imię musiało być bardzo rzadkie, bo przecież nasz bohater musi być wyjątkowy. Ma on mniej więcej dwadzieścia-parę lat. Na powierzchni przed wojną żył jak był bardzo małym chłopcem i nic z tego nie pamięta. Artem żyje sobie ze swoim ojczymem Suchym na najbardziej wysuniętej na północ stacji metra w Moskwie o nazwie WOGN. Stacja jest bardzo , a raczej byłaby bardzo „ekskluzywna” gdyby nie fakt, że atakują ją często czarne mutanty uprzykrzając życie wognowiczom. Pewnego dnia Artem dostaje od pewnego człowieka pewne zadanie dostarczenia pewnej wiadomości do głównej stacji metra – do Polis. Wyprawa wydaje się być zwykłą przechadzką przez kilka stacji jednak tak miło nie jest. Cały czas na jego drodze są jakieś przeszkody, przez które Artem musi przebrnąć. I właściwie to tyle można napisać, aby nie spolerować.

„Metro…”czyta się dosyć przyjemnie, od czasu do czasu potrafi znużyć, ale to rzadko. Utwór ma swoje MOMENTY, niektóre krótkie wydarzenia na jakiejś stacji doprowadzają do opadu szczeny i trzeba ją potem zbierać z podłogi. Zakończenie to pure ownage. Zaskakuje i jednocześnie jest „kładką” do kontynuacji przygód Artema w metrze, ale nie wiem czy to dobrze, mogłoby się skończyć tak jak się skończyło i nic tam dalej nie mieszać. Ale ostatecznie nie mam nic przeciwko Metro 2034 [bo taki tytuł obił mi się o oczy]. Świat utworu jest przedstawiony genialnie i czytając można poczuć się jakby było się w tamtym świecie.

Podczas lektury denerwowały mnie dwie rzeczy. Po pierwsze: Nasz bohater jest kompletnym idiotą i kompletnie nie ma pojęcia co się dzieje w metrze co skutkuje multi facepalmami u stalkerów i innych ludzi, którzy usłyszą pytanie na które każdy w metrze oprócz Artema zna odpowiedź. Po drugie: Autor dziesiątki razy pisze jak to Artem bał się chodząc po tunelach. Ja rozumiem, że się bał, ale bez przesady, to wyglądało jakby przy każdym spacerku za przeproszeniem srał w gacie, że go szczury zagryzą.

Wydaję mi się, że książka tak naprawdę jest nie tylko świetną powieścią, a także ma za zadanie pokazać ludziom jakie skutki mogą być po zrzuceniu bomb atomowych i dzięki temu świetnie przedstawionemu światowi udaje jej [książce] się to. Jednocześnie pokazuje naturę człowieka; nawet kiedy wszyscy mają kompletnie przerąbane, siedzą w nawozie po pachy to i tak znajdą się tacy, którzy będą gnębić innych i tak będą się tłuc, strzelać i mordować.

Nadszedł czas na moją opinię chyba. Tak więc reasumując, moim zdaniem Metro 2033 to porządny kawał opowieści w postapokaliptycznym klimacie, którą czyta się świetnie, potrafi wzruszyć [może nie wzruszyć, ale poruszyć, cokolwiek by to słowo oznaczało] i nakłania do rozmyślań nad tym jaki to gatunek ludzki jest zły. Zacząłem nawet rozumieć dlaczego według mojej nauczycielki człowiek to nie zwierzę. Tak, człowiek to taki podgatunek, najgorszy pasożyt i najbrutalniejszy morderca, który nie powinien stąpać po tej ziemi. I to by było na tyle.

Naprawdę polecam przeczytać, bo warto, naprawdę warto.

***

Recenzję piszę teraz teoretycznie pierwszy raz, więc dlatego napisałem, że to psudorecenzja, bo nie weim czy dobrze napisałem. Zawsze kiedy w szkole była praca domowa związana z napisaniem recenzji (a była jedna) jakoś jej nie pisałem. W końcu trudno napisać recenzję Quo Vadis jeśli w ogóle się tego nie przeczytało.

Mam już pomysł na kolejny wpis, taki bez polotu będzie, ale chociaż będzie.


Działania

Informacja

3 odpowiedzi

22 06 2010
divi93

Taka książka to troszeczkę nie moje klimaty, ale jak dorwę ją w jakiejś bibliotece lub w księgarni, to prawdopodobnie się zaopatrzę, bo ostatnio nie mam co czytać.
PS. Z tytułu uciekła Ci jedna literka. “PseUdorecenzja”. Za pierwszym razem przeczytałem “pedorecenzja”, więc warto to poprawić. ;)

23 06 2010
markushmb

Poprawione.
Pedorecenzja. Hehe

25 06 2010
dulak94

Hejoł, umarłeś czy co :D ?

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.